Witam serdecznie
Tym razem krótko i na temat. Mały update na temat stodoły, którą sklejam do dodatku Miles Behind Us. Tak się przedstawia aktualny postęp prac. Fotki poniżej.
Stodoła w zasadzie jest już skończona. Co prawda brakuje jeszcze wewnętrznego balkonu, ale to już moje "widzimisie" ponieważ w oryginalnych plikach takowego nie ma. Nie ma też co prawda wewnętrznych tekstur, ale... ;)
Drzwi dwuskrzydłowe i małe drzwiczki są otwierane chociaż muszę wykombinować jeszcze co zrobić żeby trzymały się na miejscu. Pewnie jakieś piny dadzą radę. Myślę też nad jakimś podłożem, ale nie jest wymagane, stodoła stoi i tak całkiem stabilnie. Muszę jeszcze oteksturować małe drzwiczki i domalować niektóre białe szczeliny, ale to już kosmetyka.
Wiem, że wnętrze dachu powinno wyglądać inaczej, ale niestety musiałem tutaj improwizować. Biały kwadrat będzie zaklejony a po długości puszczę pewnie jeszcze jakąś belkę stabilizującą i raczej też kosmetyczną. I bez niej dach jest stabilny. Na ostatnim zdjęciu pokazałem jak nakładany jest dach. Zrobiłem go na zakładkę tak więc nie zsunie się sam z siebie w żadną stronę. Całość wygląda całkiem pozytywnie i tak wstępnie prezentuje się szwędacz na tle stodoły:
Na dzisiaj to tyle
Pozdrawiam
Thomas
PS: Czekajcie teraz na raport czakiego z pierwszej solo gry :)
sobota, 15 lipca 2017
czwartek, 13 lipca 2017
The Walking Dead All Out War - nowe przedmioty cz.3 + Warsztatowo
Witam serdecznie
Dzisiaj krótko lecz treściwie. Kolejna porcja nowych przedmiotów, które będą raczej generyczne i do specjalnego wykorzystania podczas scenariuszy aniżeli nowe bronie tudzież ekwipunek użyteczny. Poniżej nowe karty:
Kilka z powyższych przedmiotów dałoby się wykorzystać jako użyteczny ekwipunek i być może pokuszę się o takowe karty z zasadami aby współgrały z oficjalnymi zasadami gry. Przykładowo używając karty Two-by-Four i kanistra z benzyną można by stworzyć pochodnię, którą można podpalać elementy scenerii i/lub szwędaczy; podobnie pistolet sygnalizacyjny. Pułapka na niedźwiedzie może skutecznie unieruchamiać szwędacze położona na ich linii ruchu. Itd, itp.... :) Pomysłów bez liku, aczkolwiek powyższe karty robiłem zdecydowanie pod specyficzne warunki scenariuszy co też widać po ich opisach. Można nazwać je swoistymi warunkami zwycięstwa; po zdobyciu np. mapy, kompasu i lornetki Gracz otrzymuje jakiś wybrany przez siebie przedmiot lub może rozegrać konkretny scenariusz.
Jako mały dodatek do kart dodam mały update mojego warsztatu. Domalowałem kolejne zombie i pierwszą barykadę. Mam też wydrukowane już i powycinane elementy wspomnianej w poprzednim poście stodoły. Fotki poniżej:
Stodoła będzie z wnętrzem dlatego wszystko wydrukowałem dwukrotnie, a kilka elementów nawet więcej razy. Co prawda czeka mnie trochę wycinania i pasowania, ale na oko wygląda to całkiem przyzwoicie.
Na dzisiaj to tyle.
Pozdrawiam
Thomas
piątek, 7 lipca 2017
Warsztatowo - The Walking Dead
Witam serdecznie
Dzisiaj krótki wpis z serii 'na warsztacie' z racji nieprzygotowania pełnoprawnego wpisu z kolejnym najemnikiem z bandy Gragana :)
Obecnie na tytułowym warsztacie mam figurki zombie i elementy terenowe do gry The Walking Dead All Out War firmy Mantic, a na chwilę obecną prace są na następującym etapie:
Zombie powiedzmy, że są pomalowane; do wykończenia mam podstawki i zastanawiam się czy robić mocno zurbanizowane (droga asfaltowa, kawałek chodnika, itp) czy raczej wiejskie (trawka, ziemia, itp). Myślałem również nad podstawkami z przezroczystej pleksi. W kolejce czekają już kolejni szwędacze.
Przeszkadzajki terenowe to blokady i znaczniki ekwipunku i zasobów z ww gry z zestawu Scenery Game Booster. Wraki pojazdów na razie sobie odpuszczam ponieważ mam modele aut w podobnej skali więc na szybko plastiki z zestawu nie są mi potrzebne.
Namioty to wydruki na grubym papierze (w ramach papierowej rewolucji :) ) zeskalowane żeby pasowały do figurek. Jak widać wymagają zamalowania białych brzegów i doklejenia podłogi aby były stabilniejsze i sztywniejsze. Ponieważ z czakim mamy zamiar grać solo gry postanowiłem przygotować sobie kilka takich zestawów. Mam w planach scenariusz z 'opuszczonym' polowym szpitalem stąd też namioty z czerwonym krzyżem, ale generalnie jakieś obozowiska opuszczone przez survivorów można w świecie zombieapo znaleźć praktycznie wszędzie.
W kolejce czeka jeszcze również drukowana stodoła, którą robię na potrzeby II fali figurek i dodatku Miles Behind Us, ale to jeszcze jakiś czas. Niestety sezon urlopowy daje się we znaki i czasu jest również średnio na hobby.
Jeśli macie jakieś pytania, komentarze lub propozycje związane z dzisiejszym wpisem to śmiało :)
Na dzisiaj to tyle
Pozdrawiam
Thomas
środa, 5 lipca 2017
FrostCrew - kusznik Wilhelm
Dzisiaj kolejny najemnik z bandy Gragna Siewcy, a mianowicie kusznik Wilhelm. To ostatni z tria, które przedstawiłem w poprzednich wpisach. Na początek jak zwykle zapraszam do lektury krótkiej historii:
Hi
Today another mercenary from Gragan the Reaper band, crossbowman Wilhelm. Below short history (in polish only), and after that few photos of my figure. Enjoy :)
Wilhelm podobnie jak jego dwaj towarzysze jest weteranem. Chociaż urodził się wiele wiosen temu jest jednak wciąż pełen wigoru i ma doskonałe oko. Dlatego tez właśnie zaciągając się do armii imperialnej został skierowany do kompanii strzeleckiej. W latach swojej młodości Wilhelm często chodził polować do lasu razem ze swoim ojcem. Od razu zauważył, że strzelanie do ruchomego celu przychodziło mu znacznie łatwiej niż innym; doskonale potrafił przewidzieć gdzie będzie zwierzyna jeszcze zanim ta pojawiła się przed jego oczami, potrafił ocenić odległość i szybkość ofiary. Rzadko zdarzało się, że wracając z polowania w jego torbach było pusto. Wtedy też upodobał sobie kuszę, broń znacznie cięższą, ale skuteczniejszą. Wilhelm często powiadał, że woli strzelić raz, ale porządnie. I tak też właśnie robił. Prawdopodobnie jego życie nie różniłoby się wiele od życia jego przyjaciół z rodzinnej wioski, gdyby nie tragiczne wydarzenie podczas jednego z polowań. Mianowicie podczas jednej z eskapad wraz z ojcem, tuż po upolowaniu młodego jelenia jego ojciec został zaatakowany przez grupę zwierzoludzi. Mutanci całkowicie zaskoczyli ojca Wilhelma gdy ten poszedł po upolowaną zwierzynę. Wilhelm w milczeniu przyglądał się jak jego ojciec walczy o swoje życie podczas ataku zwierzoludzi. Wiedział, że nie zdąży przeładować broni tyle razy ilu było przeciwników. Zanim pomyślał co ma zrobić było już po wszystkim. Ciało jego ojca zalegało na leśnym runie, a rechot mutantów którzy go zabili i zabrali jelenia jeszcze przez jakiś czas docierał do uszu młodego chłopaka. Wilhelm ze łzami w oczach podniósł ciało ojca po czym wrócił do wioski. Tuż po jego pogrzebie postanowił opuścić rodzinne sioło i zaciągnąć się do armii imperatora. Następnego dnia zbierając swój dobytek wyruszył w drogę.
Po dotarciu do miejskich koszar i zapisaniu się do armii został zakwaterowany w barakach dla przyszłych strzelców. Szybko zdał sobie sprawę, że większość jego nowych kompanów miała nieprzeciętne umiejętności strzeleckie. Chociaż konkurencja była wysoka Wilhelm należał do czołówki w swojej kompanii strzeleckiej. Lata polowań i treningów w wiosce przyniosły rezultaty. Potrafił na ponad sto metrów trafić w sam środek tarczy strzeleckiej, a trafianie do celów ruchomych przychodziło mu z zadziwiającą łatowścią. Jego instruktorzy nie mogli wyjść z podziwu i wróżyli mu szybką karierę w kręgach strzeleckich. Zaproponowali mu również dołączenie do elitarnej jednostki strzelców wyborowych. Ta niewielka jednostka posługiwała się mocniejszą wersją kuszy stosowanej przez oddziały kuszników i była lepiej wyposażona. Wilhelm długo myślał nad dołączeniem do strzelców wyborowych. Z jednej strony nie chciał opuszczać kompanów z którymi zdążył się już lepiej poznać po kilku miesiącach szkolenia, przyzwyczaił się również do swojej broni poznając jej wady i zalety na wylot. Z drugiej strony elitarna jednostka imperialnych strzelców wyborowych to nie było byle co. Począwszy od większego żołdu, przez lepsze i nowsze uzbrojenie, a na towarzystwie dziewek kończąc dawało do myślenia. Postanowił jednak zostać wierny kompanom i przełożonym, a także swojej broni i pozostał w oddziałach kuszników.
Po dotarciu do miejskich koszar i zapisaniu się do armii został zakwaterowany w barakach dla przyszłych strzelców. Szybko zdał sobie sprawę, że większość jego nowych kompanów miała nieprzeciętne umiejętności strzeleckie. Chociaż konkurencja była wysoka Wilhelm należał do czołówki w swojej kompanii strzeleckiej. Lata polowań i treningów w wiosce przyniosły rezultaty. Potrafił na ponad sto metrów trafić w sam środek tarczy strzeleckiej, a trafianie do celów ruchomych przychodziło mu z zadziwiającą łatowścią. Jego instruktorzy nie mogli wyjść z podziwu i wróżyli mu szybką karierę w kręgach strzeleckich. Zaproponowali mu również dołączenie do elitarnej jednostki strzelców wyborowych. Ta niewielka jednostka posługiwała się mocniejszą wersją kuszy stosowanej przez oddziały kuszników i była lepiej wyposażona. Wilhelm długo myślał nad dołączeniem do strzelców wyborowych. Z jednej strony nie chciał opuszczać kompanów z którymi zdążył się już lepiej poznać po kilku miesiącach szkolenia, przyzwyczaił się również do swojej broni poznając jej wady i zalety na wylot. Z drugiej strony elitarna jednostka imperialnych strzelców wyborowych to nie było byle co. Począwszy od większego żołdu, przez lepsze i nowsze uzbrojenie, a na towarzystwie dziewek kończąc dawało do myślenia. Postanowił jednak zostać wierny kompanom i przełożonym, a także swojej broni i pozostał w oddziałach kuszników.
Czas szkolenia, wiecznych treningów i musztry dobiegł wreszcie końca. Wilhelm wraz z innymi kusznikami nie cieszyli się jednak zbyt długim spokojem gdyż niedługo potem nadszedł rozkaz szybkiego zgrupowania i wymarszu. Jak dowiedział się od sierżanta, który był ich bezpośrednim przełożonym, wielka armia zwierzoludzi nadciągała od strony lasów zagrażając okolicznym miasteczkom i wsiom. Szybko lecz sprawnie przeprowadzone zgrupowanie wojska imperatora wkrótce opuściło miejskie koszary i oddziały wszelakiej maści czym prędzej pomaszerowały w kierunku, z którego nadciągała wroga siła. W miarę zbliżania się do pola bitwy już z oddali dało się słyszeć zawodzenie i ryki ogromnej ilości zwierzoludzi. Prawie natychmiast w głowie Wilhelma pojawiła się scena śmierci jego ojca. Doskonale pamiętał całą sytuację, która teraz powróciła z całą siłą wbijając się w umysł mężczyzny. Wilhelm ocknął się po chwili zadumy stwierdzając, iż ma spocone dłonie. Z gniewem i odrazą spojrzał w kierunku pierwszych mutantów wyłaniających się zza ściany lasu i obiecał sobie, że zabije ich tylu zdoła nawet kosztem swojego życia.
Walka potoczyła się całkiem szybko. Jego kompania została skierowana na lewą flankę nieco na przód aby jak najefektowniej razić przeciwników ostrzałem. Kusznicy z racji wystrzeliwania pocisków po płaskim torze lotu musieli być umieszczeni na przodzie, aby skutecznie wykorzystywać swoje oręże. Kompania Wilhelma zajmując wyznaczone przez sierżanta miejsce szybko rozwinęła swoje szyki w szeroką dwuszeregową niemalże tyralierę po czym rozpoczęła ostrzał. Podczas gdy pierwszy rząd kuszników przymierzał się do strzału i wypuszczał bełty, drugi rząd w tym samym czasie ładował swoje kusze. Wszystko szło sprawnie, a Wilhelm zdołał zabić przynajmniej siedmiu zwierzoludzi, gdy nagle większa grupa mutantów odłączyła się od głównej walki i w dzikim pędzie ruszyła na kompanię kuszników. Widząc nadciągające kłopoty sierżant wydał odpowiednie rozkazy do odwrotu i przegrupowania się licząc, że piechota imperialna przyjdzie im z pomocą. Tak też się stało jednak dowodzący armią generał zbyt późno został poinformowany o pułapce w jaką wpadła kompania kusznicza. Wysłane na pomoc oddziały piechoty rozgromiły zwierzoludzi, którzy dopadli już pierwszych kuszników zadając im straszliwe straty. Niestety strzelcy nie byli zbyt sprawni w walce wręcz i wielu z nich padło ofiarą mutantów. Wilhelm jako jeden z nielicznych zdołał umknąć przed dzikim atakiem i teraz wraz z ocalałymi kompanami wracał na miejsce skąd dalej prowadzili skuteczny ostrzał przetrzebionej teraz armii zwierzoludzi.
Wkrótce walka dobiegła końca, a szybko pierzchający mutanci niknęli pomiędzy drzewami lasu, z którego wyszli. Zmęczony częstym przeładowywaniem kuszy i ciężko oddychający teraz Wilhelm rozejrzał się po pobojowisku. Nie tak wyobrażał sobie walkę i rozpościerający się teraz przed nim widok śmierci z całym impetem uderzył w mężczyznę. W głębi duszy kusznik cieszył się, że posłał do piachu co najmniej dwudziestu mutantów. Wraz z innymi ruszył teraz w kierunku pobojowiska by po chwili dotrzeć do miejsca gdzie na początku walki stała jego kompania. Pośród zabitych Wilhelm dostrzegł swojego sierżanta. Stary strzelec leżał teraz na mokrej od krwi trawie wciąż dzierżąc swoją broń. Z ogromnej rany na szyi zadanej zapewne szponami sączyła się resztka krwi. Wilhelm uklęknął przy ciele sierżanta w milczeniu odmawiając krótką modlitwę za dzielnego żołnierza. Po chwili mężczyzna podniósł wzrok wyżej dostrzegając po swojej prawej stronie stojącego samotnie piechociarza, który przyglądał się i jemu. Nieco dalej od niego stał kolejny maruder, tym razem halabardnik, który najwyraźniej jak pozostali zdumiony był intensywnością walki i tym, że jeszcze żyje. Cała trójka wymieniła spojrzenia, w których zawarte było zarówno zadowolenie z przeżycia jak i zrozumienie stratą kompanów.
Tego samego wieczoru podczas pospiesznie przygotowanego obozu podczas wieczerzy Wilhelm poszukiwał miejsca do spokojnego zjedzenia posiłku. Przechodząc pomiędzy stołami przy, których siedzieli przechwalający się i lekko juz podpici żołnierze dostrzegł stół przy którym siedziało dwoje mężczyzn. Po podejściu bliżej Wilhelm dostrzegł, że byli nimi żołnierze widziani tuż po walce na polu bitwy. Halabardnik i piechociarz w milczeniu spojrzeli na niego kiedy ten dosiadł się do nich. Chociaż wszyscy wiedzieli, że przeżyli to samo nie wiedzieli jeszcze, że staną się bliskimi kompanami.Tego właśnie wieczoru Wilhelm poznał Rodericka i Percy'ego.
Kilka lat później stojąc wraz ze swoimi przyjaciółmi w cieniu słupa ogłoszeniowego Wilhelm poprawiał swieżo nabyty ekwipunek. Stara dobra kusza spoczywała w jego rękach, a nowa zbroja idealnie leżała na ciele. Po chwili mężczyzna zerknął na ogłoszenie trzymane i czytane teraz przez Percy'ego. Dość enigmatycznie napisana notka mówiła o chęci zatrudnienia ochroniarzy podczas wędrówki do Mroźnego Miasta, Felstad. Na samym spodzie pergaminu Wilhelm dostrzegł imię i nazwisko jej autora. Był nim Herr Albert Kapsner...
Walka potoczyła się całkiem szybko. Jego kompania została skierowana na lewą flankę nieco na przód aby jak najefektowniej razić przeciwników ostrzałem. Kusznicy z racji wystrzeliwania pocisków po płaskim torze lotu musieli być umieszczeni na przodzie, aby skutecznie wykorzystywać swoje oręże. Kompania Wilhelma zajmując wyznaczone przez sierżanta miejsce szybko rozwinęła swoje szyki w szeroką dwuszeregową niemalże tyralierę po czym rozpoczęła ostrzał. Podczas gdy pierwszy rząd kuszników przymierzał się do strzału i wypuszczał bełty, drugi rząd w tym samym czasie ładował swoje kusze. Wszystko szło sprawnie, a Wilhelm zdołał zabić przynajmniej siedmiu zwierzoludzi, gdy nagle większa grupa mutantów odłączyła się od głównej walki i w dzikim pędzie ruszyła na kompanię kuszników. Widząc nadciągające kłopoty sierżant wydał odpowiednie rozkazy do odwrotu i przegrupowania się licząc, że piechota imperialna przyjdzie im z pomocą. Tak też się stało jednak dowodzący armią generał zbyt późno został poinformowany o pułapce w jaką wpadła kompania kusznicza. Wysłane na pomoc oddziały piechoty rozgromiły zwierzoludzi, którzy dopadli już pierwszych kuszników zadając im straszliwe straty. Niestety strzelcy nie byli zbyt sprawni w walce wręcz i wielu z nich padło ofiarą mutantów. Wilhelm jako jeden z nielicznych zdołał umknąć przed dzikim atakiem i teraz wraz z ocalałymi kompanami wracał na miejsce skąd dalej prowadzili skuteczny ostrzał przetrzebionej teraz armii zwierzoludzi.
Wkrótce walka dobiegła końca, a szybko pierzchający mutanci niknęli pomiędzy drzewami lasu, z którego wyszli. Zmęczony częstym przeładowywaniem kuszy i ciężko oddychający teraz Wilhelm rozejrzał się po pobojowisku. Nie tak wyobrażał sobie walkę i rozpościerający się teraz przed nim widok śmierci z całym impetem uderzył w mężczyznę. W głębi duszy kusznik cieszył się, że posłał do piachu co najmniej dwudziestu mutantów. Wraz z innymi ruszył teraz w kierunku pobojowiska by po chwili dotrzeć do miejsca gdzie na początku walki stała jego kompania. Pośród zabitych Wilhelm dostrzegł swojego sierżanta. Stary strzelec leżał teraz na mokrej od krwi trawie wciąż dzierżąc swoją broń. Z ogromnej rany na szyi zadanej zapewne szponami sączyła się resztka krwi. Wilhelm uklęknął przy ciele sierżanta w milczeniu odmawiając krótką modlitwę za dzielnego żołnierza. Po chwili mężczyzna podniósł wzrok wyżej dostrzegając po swojej prawej stronie stojącego samotnie piechociarza, który przyglądał się i jemu. Nieco dalej od niego stał kolejny maruder, tym razem halabardnik, który najwyraźniej jak pozostali zdumiony był intensywnością walki i tym, że jeszcze żyje. Cała trójka wymieniła spojrzenia, w których zawarte było zarówno zadowolenie z przeżycia jak i zrozumienie stratą kompanów.
Tego samego wieczoru podczas pospiesznie przygotowanego obozu podczas wieczerzy Wilhelm poszukiwał miejsca do spokojnego zjedzenia posiłku. Przechodząc pomiędzy stołami przy, których siedzieli przechwalający się i lekko juz podpici żołnierze dostrzegł stół przy którym siedziało dwoje mężczyzn. Po podejściu bliżej Wilhelm dostrzegł, że byli nimi żołnierze widziani tuż po walce na polu bitwy. Halabardnik i piechociarz w milczeniu spojrzeli na niego kiedy ten dosiadł się do nich. Chociaż wszyscy wiedzieli, że przeżyli to samo nie wiedzieli jeszcze, że staną się bliskimi kompanami.Tego właśnie wieczoru Wilhelm poznał Rodericka i Percy'ego.
Kilka lat później stojąc wraz ze swoimi przyjaciółmi w cieniu słupa ogłoszeniowego Wilhelm poprawiał swieżo nabyty ekwipunek. Stara dobra kusza spoczywała w jego rękach, a nowa zbroja idealnie leżała na ciele. Po chwili mężczyzna zerknął na ogłoszenie trzymane i czytane teraz przez Percy'ego. Dość enigmatycznie napisana notka mówiła o chęci zatrudnienia ochroniarzy podczas wędrówki do Mroźnego Miasta, Felstad. Na samym spodzie pergaminu Wilhelm dostrzegł imię i nazwisko jej autora. Był nim Herr Albert Kapsner...
Figurka to standardowy multipart z boxa Frostgrave Soldiers więc nie ma się tutaj nad czym rozwodzić. Skórzany pancerz, kusza, stalowy hełm i kołczan z bełtami na udzie, ot cała filozofia. Zapraszam do oglądania fotek oraz komentowania:
Figure itself is multipart from Frostgrave Soldiers box so there is nothing special about it. Leather armor, crossbow, stell helmet and quiver for bolts and thats it. Ejnoy few photos and leave any comments if you like:
Na dzisiaj to tyle
Pozdrawiam
Thomas
niedziela, 2 lipca 2017
The Walking Dead: All Out War - Steve Parker
Steve Parker to moja druga postać do The Walking Dead: All Out War. Podobała mi się figurka księdza z zestawu Male Survivors z Warlorda. Zamieniłem tylko pistolet na maczetę bo uznałem, że ksiądz przed pojawieniem się zombie raczej nie był dobrym strzelcem.
Poniżej karta postaci Steve'a Parkera i przedmioty stworzone przeze mnie i Thomasa specjalnie dla tego bohatera:
Steve Parker ukończył seminarium i został księdzem katolickim w małej parafii w Bardstown Road w Kentucky, na południowy wschód od Louisville. Ponieważ kościół znajdował się na uboczu, Steve nie od razu zorientował się co tak na prawdę się stało i kim są zombie.
Gdy na plebani zaczęło brakować jedzenia Steve Parker postanowił opuścić przynajmniej na jakiś czas bezpieczne schronienie i poszukać pożywienia. I tu zaczyna się jego historia...
Etykiety:
28mm,
Czaki,
Walking Dead All Out War,
zombie
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Mój warsztat - malowanie
Dziś nadciągam z kolejnym instruktarzem dla początkujących. Tym razem przedstawiam moje zaplecze techniczne podczas malowania bez porad czysto malarskich. Jak zwykle przypominam, że nie jestem żadnym wirtuozem i zwyczajnie ja tak robię, bo w ten sposób jest mi wygodnie, a wykorzystane patenty wydały mi się najbardziej sensowne. Oczywiście zachęcam wszystkich do dzielenia się swoimi uwagami, bo może macie zupełnie inną metodykę pracy i według was robię wszystko bez sensu. Podczas kulturalnej wymiany zdań zyskamy wszyscy.
Na początek oświetlenie. Z mojego doświadczenia najlepiej zainwestować w lampkę z podłużnym światłem o barwie białej. Ewentualne minimum to dwa oświetlenia punktowe. Idea jest taka, że trzymany przez nas obiekt powinien być oświetlony równomiernie i dość mocno, aby cienie nie ukryły niedomalowanych punktów lub przebarwień, o które nam nie chodzi. Sam dodatkowo zamontowałem sobie przyklejane oświetlenie LED w postaci paska. Zrobiłem to bardziej z myślą o malowaniu aerografem, ale im jaśniej tym lepiej wszystko widać.
W pogotowiu chusteczki do wycierania niepotrzebnych wycieków, przecieków i plam. Wszelkie narzędzia trzymam w kubku. Są one w jednym miejscu i nie walają mi się pod palcami. Wolę takie rozwiązanie niż precyzyjnie posegregowane pędzle w osobnych pudełkach. Mam wszystko tu... tylko chwileczkę pomieszam i się znajdzie. Najważniejsze kolory farb trzymam na stojaczku.
Ale pozostałe rzeczy dalej siedzą w kuferku. Polecam przeźroczyste, zawsze wiesz wtedy co w którym jest.
Biurko zabezpieczam blokiem technicznym lub gazetą z błyszczącym papierem. Częściej jednak wybieram blok bo daje mi ciągły podgląd pod biel i mogę przetestować na nim grubość linii i barwę wymieszanych farb np. przy metodzie suchego pędzla. Dodatkowo blok techniczny zatrzyma dość dużą dawkę wilgoci i nie przebije się ona na zewnątrz.
Do rozrabiania i mieszania farb stosuję mokrą paletę. Do zrobienia mokrej palety będziemy potrzebować płytkiego, płaskiego pojemniczka, tutaj plecy od blistra figurek, materiału chłonnego w rodzaju ligniny, tutaj bawełniane płatki kosmetyczne, oraz nawoskowany papier do pieczenia. Teoretycznie wszytko do znalezienia w domu gdzie kiedykolwiek mieszkała kobieta :P
Płatek nasączamy wodą aż zacznie się wylewać na resztę pojemniczka, a następnie przykładamy papier do pieczenia i czekamy aż się przyklei.
Nawoskowanie papieru powoduje to, iż farba nie przesiąka na drugą stronę, za to wilgoć spod spodu dociera do farby i spowalnia jej wysychanie. To pozwala nam dłużej cieszyć się wymieszanymi odcieniami, raz nawet specyficzny odcień zieleni do camo desert 3 dał się użyć w 12 godzin po wymieszaniu.
Ostatnim elementem który zawsze znajduje się u mnie na stole podczas malowania jest kieliszek z rozpuszczalnikiem do sidoluksu. Oczywiście jest on o wiele słabszy niż taki rozpuszczalnik przykładowo Wamodu, ale nie chcemy rozpuszczać zaschniętej farby, ale lekko stwardniałej pomiędzy włosami pędzla. Dobrze utrzymany pędzel posłuży nam długo i wiernie.
W taki sposób zabieram się do malowania mojej bandy do TNT. Wielokrotnie się już pojawiali, ale nie są gotowi w 100%.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































