środa, 5 lipca 2017

FrostCrew - kusznik Wilhelm

Witam serdecznie

Dzisiaj kolejny najemnik z bandy Gragna Siewcy, a mianowicie kusznik Wilhelm. To ostatni z tria, które przedstawiłem w poprzednich wpisach. Na początek jak zwykle zapraszam do lektury krótkiej historii:

 Hi 
Today another mercenary from Gragan the Reaper band, crossbowman Wilhelm. Below short history (in polish only), and after that few photos of my figure. Enjoy :) 

                     Wilhelm podobnie jak jego dwaj towarzysze jest weteranem. Chociaż urodził się wiele wiosen temu jest jednak wciąż pełen wigoru i ma doskonałe oko. Dlatego tez właśnie zaciągając się do armii imperialnej został skierowany do kompanii strzeleckiej. W latach swojej młodości Wilhelm często chodził polować do lasu razem ze swoim ojcem. Od razu zauważył, że strzelanie do ruchomego celu przychodziło mu znacznie łatwiej niż innym; doskonale potrafił przewidzieć gdzie będzie zwierzyna jeszcze zanim ta pojawiła się przed jego oczami, potrafił ocenić odległość i szybkość ofiary. Rzadko zdarzało się, że wracając z polowania w jego torbach było pusto. Wtedy też upodobał sobie kuszę, broń znacznie cięższą, ale skuteczniejszą. Wilhelm często powiadał, że woli strzelić raz, ale porządnie. I tak też właśnie robił. Prawdopodobnie jego życie nie różniłoby się wiele od życia jego przyjaciół z rodzinnej wioski, gdyby nie tragiczne wydarzenie podczas jednego z polowań. Mianowicie podczas jednej z eskapad wraz z ojcem, tuż po upolowaniu młodego jelenia jego ojciec został zaatakowany przez grupę zwierzoludzi. Mutanci całkowicie zaskoczyli ojca Wilhelma gdy ten poszedł po upolowaną zwierzynę. Wilhelm w milczeniu przyglądał się jak jego ojciec walczy o swoje życie podczas ataku zwierzoludzi. Wiedział, że nie zdąży przeładować broni tyle razy ilu było przeciwników. Zanim pomyślał co ma zrobić było już po wszystkim. Ciało jego ojca zalegało na leśnym runie, a rechot mutantów którzy go zabili i zabrali jelenia jeszcze przez jakiś czas docierał do uszu młodego chłopaka. Wilhelm ze łzami w oczach podniósł ciało ojca po czym wrócił do wioski. Tuż po jego pogrzebie postanowił opuścić rodzinne sioło i zaciągnąć się do armii imperatora. Następnego dnia zbierając swój dobytek wyruszył w drogę.
                         Po dotarciu do miejskich koszar i zapisaniu się do armii został zakwaterowany w barakach dla przyszłych strzelców. Szybko zdał sobie sprawę, że większość jego nowych kompanów miała nieprzeciętne umiejętności strzeleckie. Chociaż konkurencja była wysoka Wilhelm należał do czołówki w swojej kompanii strzeleckiej. Lata polowań i treningów w wiosce przyniosły rezultaty. Potrafił na ponad sto metrów trafić w sam środek tarczy strzeleckiej, a trafianie do celów ruchomych przychodziło mu z zadziwiającą łatowścią. Jego instruktorzy nie mogli wyjść z podziwu i wróżyli mu szybką karierę w kręgach strzeleckich. Zaproponowali mu również dołączenie do elitarnej jednostki strzelców wyborowych. Ta niewielka jednostka posługiwała się mocniejszą wersją kuszy stosowanej przez oddziały kuszników i była lepiej wyposażona. Wilhelm długo myślał nad dołączeniem do strzelców wyborowych. Z jednej strony nie chciał opuszczać kompanów z którymi zdążył się już lepiej poznać po kilku miesiącach szkolenia, przyzwyczaił się również do swojej broni poznając jej wady i zalety na wylot. Z drugiej strony elitarna jednostka imperialnych strzelców wyborowych to nie było byle co. Począwszy od większego żołdu, przez lepsze i nowsze uzbrojenie, a na towarzystwie dziewek kończąc dawało do myślenia. Postanowił jednak zostać wierny kompanom i przełożonym, a także swojej broni i pozostał w oddziałach kuszników.
                          Czas szkolenia, wiecznych treningów i musztry dobiegł wreszcie końca. Wilhelm wraz z innymi kusznikami nie cieszyli się jednak zbyt długim spokojem gdyż niedługo potem nadszedł rozkaz szybkiego zgrupowania i wymarszu. Jak dowiedział się od sierżanta, który był ich bezpośrednim przełożonym, wielka armia zwierzoludzi nadciągała od strony lasów zagrażając okolicznym miasteczkom i wsiom. Szybko lecz sprawnie przeprowadzone zgrupowanie wojska imperatora wkrótce opuściło miejskie koszary i oddziały wszelakiej maści czym prędzej pomaszerowały w kierunku, z którego nadciągała wroga siła. W miarę zbliżania się do pola bitwy już z oddali dało się słyszeć zawodzenie i ryki ogromnej ilości zwierzoludzi. Prawie natychmiast w głowie Wilhelma pojawiła się scena śmierci jego ojca. Doskonale pamiętał całą sytuację, która teraz powróciła z całą siłą wbijając się w umysł mężczyzny. Wilhelm ocknął się po chwili zadumy stwierdzając, iż ma spocone dłonie. Z gniewem i odrazą spojrzał w kierunku pierwszych mutantów wyłaniających się zza ściany lasu i obiecał sobie, że zabije ich tylu zdoła nawet kosztem swojego życia.
                     Walka potoczyła się całkiem szybko. Jego kompania została skierowana na lewą flankę nieco na przód aby jak najefektowniej razić przeciwników ostrzałem. Kusznicy z racji wystrzeliwania pocisków po płaskim torze lotu musieli być umieszczeni na przodzie, aby skutecznie wykorzystywać swoje oręże. Kompania Wilhelma zajmując wyznaczone przez sierżanta miejsce szybko rozwinęła swoje szyki w szeroką dwuszeregową niemalże tyralierę po czym rozpoczęła ostrzał. Podczas gdy pierwszy rząd kuszników przymierzał się do strzału i wypuszczał bełty, drugi rząd w tym samym czasie ładował swoje kusze. Wszystko szło sprawnie, a Wilhelm zdołał zabić przynajmniej siedmiu zwierzoludzi, gdy nagle większa grupa mutantów odłączyła się od głównej walki i w dzikim pędzie ruszyła na kompanię kuszników. Widząc nadciągające kłopoty sierżant wydał odpowiednie rozkazy do odwrotu i przegrupowania się licząc, że piechota imperialna przyjdzie im z pomocą. Tak też się stało jednak dowodzący armią generał zbyt późno został poinformowany o pułapce w jaką wpadła kompania kusznicza. Wysłane na pomoc oddziały piechoty rozgromiły zwierzoludzi, którzy dopadli już pierwszych kuszników zadając im straszliwe straty. Niestety strzelcy nie byli zbyt sprawni w walce wręcz i wielu z nich padło ofiarą mutantów. Wilhelm jako jeden z nielicznych zdołał umknąć przed dzikim atakiem i teraz wraz z ocalałymi kompanami wracał na miejsce skąd dalej prowadzili skuteczny ostrzał przetrzebionej teraz armii zwierzoludzi.
                           Wkrótce walka dobiegła końca, a szybko pierzchający mutanci niknęli pomiędzy drzewami lasu, z którego wyszli. Zmęczony częstym przeładowywaniem kuszy i ciężko oddychający teraz Wilhelm rozejrzał się po pobojowisku. Nie tak wyobrażał sobie walkę i rozpościerający się teraz przed nim widok śmierci z całym impetem uderzył w mężczyznę. W głębi duszy kusznik cieszył się, że posłał do piachu co najmniej dwudziestu mutantów. Wraz z innymi ruszył teraz w kierunku pobojowiska by po chwili dotrzeć do miejsca gdzie na początku walki stała jego kompania. Pośród zabitych Wilhelm dostrzegł swojego sierżanta. Stary strzelec leżał teraz na mokrej od krwi trawie wciąż dzierżąc swoją broń. Z ogromnej rany na szyi zadanej zapewne szponami sączyła się resztka krwi. Wilhelm uklęknął przy ciele sierżanta w milczeniu odmawiając krótką modlitwę za dzielnego żołnierza. Po chwili mężczyzna podniósł wzrok wyżej dostrzegając po swojej prawej stronie stojącego samotnie piechociarza, który przyglądał się i jemu. Nieco dalej od niego stał kolejny maruder, tym razem halabardnik, który najwyraźniej jak pozostali zdumiony był intensywnością walki i tym, że jeszcze żyje. Cała trójka wymieniła spojrzenia, w których zawarte było zarówno zadowolenie z przeżycia jak i zrozumienie stratą kompanów.
                     Tego samego wieczoru podczas pospiesznie przygotowanego obozu podczas wieczerzy Wilhelm poszukiwał miejsca do spokojnego zjedzenia posiłku. Przechodząc pomiędzy stołami przy, których siedzieli przechwalający się i lekko juz podpici żołnierze dostrzegł stół przy którym siedziało dwoje mężczyzn. Po podejściu bliżej Wilhelm dostrzegł, że byli nimi żołnierze widziani tuż po walce na polu bitwy. Halabardnik i piechociarz w milczeniu spojrzeli na niego kiedy ten dosiadł się do nich. Chociaż wszyscy wiedzieli, że przeżyli to samo nie wiedzieli jeszcze, że staną się bliskimi kompanami.Tego właśnie wieczoru Wilhelm poznał Rodericka i Percy'ego.
                            Kilka lat później stojąc wraz ze swoimi przyjaciółmi w cieniu słupa ogłoszeniowego Wilhelm poprawiał swieżo nabyty ekwipunek. Stara dobra kusza spoczywała w jego rękach, a nowa zbroja idealnie leżała na ciele. Po chwili mężczyzna zerknął na ogłoszenie trzymane i czytane teraz przez Percy'ego. Dość enigmatycznie napisana notka mówiła o chęci zatrudnienia ochroniarzy podczas wędrówki do Mroźnego Miasta, Felstad. Na samym spodzie pergaminu Wilhelm dostrzegł imię i nazwisko jej autora. Był nim Herr Albert Kapsner...

 Figurka to standardowy multipart z boxa Frostgrave Soldiers więc nie ma się tutaj nad czym rozwodzić. Skórzany pancerz, kusza, stalowy hełm i kołczan z bełtami na udzie, ot cała filozofia. Zapraszam do oglądania fotek oraz komentowania:

Figure itself is multipart from Frostgrave Soldiers box so there is nothing special about it. Leather armor, crossbow, stell helmet and quiver for bolts and thats it.  Ejnoy few photos and leave any comments if you like:







Na dzisiaj to tyle
Pozdrawiam
Thomas

niedziela, 2 lipca 2017

The Walking Dead: All Out War - Steve Parker

Steve Parker to moja druga postać do The Walking Dead: All Out War. Podobała mi się figurka księdza z zestawu Male Survivors z Warlorda. Zamieniłem tylko pistolet na maczetę bo uznałem, że ksiądz przed pojawieniem się zombie raczej nie był dobrym strzelcem.



Poniżej karta postaci Steve'a Parkera i przedmioty stworzone przeze mnie i Thomasa specjalnie dla tego bohatera:


Steve Parker ukończył seminarium i został księdzem katolickim w małej parafii w Bardstown Road w Kentucky, na południowy wschód od Louisville. Ponieważ kościół znajdował się na uboczu, Steve nie od razu zorientował się co tak na prawdę się stało i kim są zombie.

Gdy na plebani zaczęło brakować jedzenia Steve Parker postanowił opuścić przynajmniej na jakiś czas bezpieczne schronienie i poszukać pożywienia. I tu zaczyna się jego historia...

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Mój warsztat - malowanie

Witam.
Dziś nadciągam z kolejnym instruktarzem dla początkujących. Tym razem przedstawiam moje zaplecze techniczne podczas malowania bez porad czysto malarskich. Jak zwykle przypominam, że nie jestem żadnym wirtuozem i zwyczajnie ja tak robię, bo w ten sposób jest mi wygodnie, a wykorzystane patenty wydały mi się najbardziej sensowne. Oczywiście zachęcam wszystkich do dzielenia się swoimi uwagami, bo może macie zupełnie inną metodykę pracy i według was robię wszystko bez sensu. Podczas kulturalnej wymiany zdań zyskamy wszyscy. 
Na początek oświetlenie. Z mojego doświadczenia najlepiej zainwestować w lampkę z podłużnym światłem o barwie białej. Ewentualne minimum to dwa oświetlenia punktowe. Idea jest taka, że trzymany przez nas obiekt powinien być oświetlony równomiernie i dość mocno, aby cienie nie ukryły niedomalowanych punktów lub przebarwień, o które nam nie chodzi. Sam dodatkowo zamontowałem sobie przyklejane oświetlenie LED w postaci paska. Zrobiłem to bardziej z myślą o malowaniu aerografem, ale im jaśniej tym lepiej wszystko widać. 


 W pogotowiu chusteczki do wycierania niepotrzebnych wycieków, przecieków i plam. Wszelkie narzędzia trzymam w kubku. Są one w jednym miejscu i nie walają mi się pod palcami. Wolę takie rozwiązanie niż precyzyjnie posegregowane pędzle w osobnych pudełkach. Mam wszystko tu... tylko chwileczkę pomieszam i się znajdzie. Najważniejsze kolory farb trzymam na stojaczku.


Ale pozostałe rzeczy dalej siedzą w kuferku. Polecam przeźroczyste, zawsze wiesz wtedy co w którym jest.


Biurko zabezpieczam blokiem technicznym lub gazetą z błyszczącym papierem. Częściej jednak wybieram blok bo daje mi ciągły podgląd pod biel i mogę przetestować na nim grubość linii i barwę wymieszanych farb np. przy metodzie suchego pędzla. Dodatkowo blok techniczny zatrzyma dość dużą dawkę wilgoci i nie przebije się ona na zewnątrz.


Do rozrabiania i mieszania farb stosuję mokrą paletę. Do zrobienia mokrej palety będziemy potrzebować płytkiego, płaskiego pojemniczka, tutaj plecy od blistra figurek, materiału chłonnego w rodzaju ligniny, tutaj bawełniane płatki kosmetyczne, oraz nawoskowany papier do pieczenia. Teoretycznie wszytko do znalezienia w domu gdzie kiedykolwiek mieszkała kobieta :P 





Płatek nasączamy wodą aż zacznie się wylewać na resztę pojemniczka, a następnie przykładamy papier do pieczenia i czekamy aż się przyklei.


Nawoskowanie papieru powoduje to, iż farba nie przesiąka na drugą stronę, za to wilgoć spod spodu dociera do farby i spowalnia jej wysychanie. To pozwala nam dłużej cieszyć się wymieszanymi odcieniami, raz nawet specyficzny odcień zieleni do camo desert 3 dał się użyć w 12 godzin po wymieszaniu.



Ostatnim elementem który zawsze znajduje się u mnie na stole podczas malowania jest kieliszek z rozpuszczalnikiem do sidoluksu. Oczywiście jest on o wiele słabszy niż taki rozpuszczalnik przykładowo Wamodu, ale nie chcemy rozpuszczać zaschniętej farby, ale lekko stwardniałej pomiędzy włosami pędzla. Dobrze utrzymany pędzel posłuży nam długo i wiernie. 



W taki sposób zabieram się do malowania mojej bandy do TNT. Wielokrotnie się już pojawiali, ale nie są gotowi w 100%.

piątek, 23 czerwca 2017

FrostCrew - łowca skarbów Roderick

Witam serdecznie

Dzisiaj pora na kolejnego najemnika z bandy Gragana Siewcy, a mianowicie łowcę skarbów Rodericka. Na początek zapraszam do lektury krótkiej historii.

Hi everyone
Today presentation of another  mercenary in Gragan the Reaper band, namely treasure hunter Roderick. Below short history of our character (in polish only).


                Roderick, jak Percy i Wilhelm, to weteran. Po opuszczeniu rodzinnej wioski szybko zaciągnął się do imperialnej armii marząc o sławie i bogactwach. Teraz jako weteran i w zasadzie emeryt wie, że miał dużo szczęścia, że dożył do tego aż mógł opuścić armię. Podobnie jak u innych także dla Rodericka zaskoczeniem i zderzeniem z rzeczywistością były pierwsze chwile od przekroczenia bram miejskich baraków i stania się rekrutem, a następnie żołnierzem. Ciężkie treningi odbywały się codziennie, musztra i nadzorujący ją wiecznie wrzeszczący sierżant stały się nieodłącznym elementem każdego dnia. ROderick od samego początku trzymał się z boku. Nieco nieśmiały i małomówny trzymał się w wolnych chwilach z boku podglądając ćwiczących żołnierzy. Dni treningów mijały, a Roderick stawał się coraz lepszym żołnierzem. Jego ulubionym orężem stał się miecz i trzymany w drugiej ręce lewak. Podczas treningów z innymi rekrutami często korzystał z podpatrzonych u starszych kadetów sztuczek i z własnych pomysłów, aby skutecznie i szybko obezwładnić przeciwnika. Nie przysparzał tym sobie przyjaciół, ale nie obchodziło go to. Wiedział, że prędzej czy później nauka przyda się w praktyce. Chłopak nie musiał długo na to czekać.

                Po oficjalnym zaprzysiężeniu stał się małym trybikiem w ogromnej maszynie imperialnej armii. Dość szybko został przeniesiony do nowej kompanii wraz z innymi, aby zostać wysłanym do pierwszej swojej walki przeciwko zwierzoludziom, których to armia została zauważona w lasach. Początkowe podniecenie zbliżającą się walką i adrenalina buzująca w żyłach szybko zostały ostudzone widokiem jaki jego kompania zastała po dotarciu na pole walki. Pierwsze jednostki armii imperialnej już zwarły się z wrogiem i nie wszystko szło dobrze dla żołnierzy. Przeważające siły wroga szybko otoczyły imperialnych żołnierzy i gdyby nie przybycie nowych jednostek równie szybko zmiotłyby je z pola walki. Roderick z szeroko otwartymi oczami przypatrywał się mutantom walczącym przed nim na ogromnej polanie. Zwierzoludzie w większości pokryci futrem krzyczeli i wymachiwali bronią na lewo i prawo. W końcu kompania Rodericka otrzymała rozkaz wsparcia lewej flanki, gdzie sytuacja wyglądała na najgorszą. Początkowo w zwarciu, później w nieco luźniejszym szyku żołnierze ruszyli w kierunku zwierzoludzi. Sytuacja potoczyła się błyskawicznie. Nagle zza pierwszych szeregów mutantów w górę, na kozich nogach, wyskoczyli mutanci którzy wyglądali niczym skrzyżowanie człowieka z kozą. Jeden z nich poszybował wprost na Rodericka i gdyby nie szybka decyzja o uniku również i jego ciało spoczęło by na placu boju. Ścierając się z mutantem mężczyzna atakował najlepiej jak umiał i w głębi duszy cieszył się, że przykładał się do treningów. Walka chociaż niezbyt długa była zażarta i bardzo krwawa. Wciąż napływające posiłki armii szybko wspomogły walących żołnierzy i wkrótce niedobitki mutantów uciekały w popłochy w stronę lasu skąd nadeszli. Ranny lekko w rękę Roderick stał teraz pomiędzy poległymi żołnierzami i trupami zwierzoludzi rozglądając się wokoło. Nad polaną zebrały się pierwsze kruki krążące wysoko na niebie czekając aby zacząć pożywiać się truchłami poległych. Po prawej kilkadziesiąt metrów od mężczyzny dostrzegł on samotnego halabardnika, który podobnie jak Roderick stał teraz i ślepo rozglądał się po polu bitwy jakby niedowierzając temu co właśnie się stało i swemu szczęściu, że jeszcze żyje. Po lewej stronie Roderick dostrzegł kolejnego marudera. Tym razem był to jednak kusznik, który opierając się na swojej strzeleckiej broni pochylał się nad poległym towarzyszem. Kusznik podniósł głowę i jego wzrok spotkał się ze wzrokiem Rodericka. Obydwoje wiedzieli, że mieli wiele szczęścia, że przeżyli.

                 Tego samego wieczoru w pospiesznie przygotowanym obozie podczas wieczerzy Roderick w poszukiwaniu miejsca gdzie może usiąść dostrzegł widzianego wcześniej halabardnika jak sam siedział przy jednym ze stołów i spożywał posiłek. Mężczyzna zdecydował się dosiąść do nieznajomego. Idąc w jego kierunku dotarło do niego jak wiele stołów było pustych. Tego dnia wielu mężczyzn poniosło śmierć na polu bitwy. Roderick dosiadł się do nieznajomego halabardnika bez słowa rozpoczynając jedzenie. Chwilę po nim do stołu dosiadł się kolejny z żołnierzy. Tym razem był to widziany wcześniej kusznik. Wszyscy mężczyźni wymienili ze sobą spojrzenia jednak żaden z nich nie odezwał się podczas posiłku. Wiedzieli, że nie ma potrzeby. Wszyscy przeżyli tego dnia to samo. Stracili przyjaciół, niemal stracili swoje życie. Słowa nie były potrzebne.

                  Tego wieczoru Roderick poznał Percy’ego i Wilhelma. Nie wiedział jeszcze, ale wszyscy trzej mieli stać się przyjaciółmi, którzy po opuszczeniu armii mieli zostać najemnikami. Kilka lat później stojąc w cieniu słupa ogłoszeniowego wyekwipowany i uzbrojony Roderick spoglądał na trzymane przez Percy’ego ogłoszenie. Na jego końcu dostrzegł nic nie znaczące na razie dla niego nazwisko – Herr Albert Kapsner…
 Oto króka historia łowcy skarbów. Sama figurka to połączenie częsci z boxa Frostgrave Soldiers z częściami z boxa Foot Sergeants firmy Fireforge Games. Korpus, nogi i głowa to części Fireforge, natomiast ręce, plecak i lina to bitsy z Frostgrave. Częsci pasują do siebie idealnie więc śmiało można łączyć oba boxy ze sobą (i nie tylko te dwa boxy). Poniżej kilka fotek Rodericka.


The figure itself is mix of parts which came from two boxes - Fireforge Games Foot Sergeant and Frostgrave Soldiers. Body, legs and head come from Fireforge, hands, backpack and rope from Frostgrave box. All bits fit perfectly to each other so you can mix them freely. Below few pictures of Roderick.









Na dzisiaj to tyle.

Pozdrawiam

Thomas

poniedziałek, 19 czerwca 2017

The Walking Dead All Out War - przedmioty cz.2

Witam serdecznie

Dzisiaj kolejny krótki post z wstawką mięsną w postaci wirtualnego boostera przedmiotów do TWD AOW. Zachęcam zainteresowanych do pobierania i komentowania nowych itemków.

Today another quick post but quite tasty :) Another virtual booster of TWD AOW item cards. I encourage whoever is interested to downloading and commenting new cards.







Na dzisiaj to tyle
Pozdrawiam
Thomas
 

piątek, 16 czerwca 2017

The Walking Dead All Out War - Mike Banning

Witam serdecznie

Dzisiaj znowu krótko, ale konkretnie. Idąc pomysłem czakiego dzisiaj to ja zaprezentuję swojego bohatera do naszej kampanii narracyjnej w świecie komiksu Żywe Trupy. Zapraszam do lektury:

Mike Banning jest racjonalnym, rozważnym i logicznie myślącym człowiekiem. Ceni sobie szczerość i uczciwość i z zasady nie ocenia innych po ich czynach gdyż wie, że sam może znaleźć się w sytuacji, która może skończyć się na wiele różnych sposobów. Jako były żołnierz piechoty morskiej jest całkiem dobrze wyszkolony zarówno w strzelaniu jak i w walce wręcz. Umie też skutecznie bronić się przed innymi. Po wybuchu epidemii opuścił swoje rodzinne miasteczko, gdzie zaraza uderzyła z ogromną siłą szybko zamieniając jego mieszkańców w szwędacze. Ci, którzy zdążyli uciekali przed swoimi bliskimi i sąsiadami, część mieszkańców zabarykadowała się w swoich domach czekając na przyjazd wojska lub Gwardii Narodowej. Mike wiedział jednak, że Madison, miasto gdzie się wychował, nie jest głównym celem dla wojska więc postanowił sam wziąć sprawy w swoje ręce. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy po czym samochodem opuścił dom mając nadzieję, że kiedyś do niego powróci. Jego celem stała się macierzysta jednostka, gdzie jak miał nadzieję spotka swoich przyjaciół z wojska. Dość szybko Mike musiał pozbyć się samochodu z powodu braku paliwa. Spoglądając ostatni raz za siebie, poprawił ekwipunek i szybkim marszem ruszył przed siebie.







Krótka i treściwa historia Mike'a Banninga. Mam nadzieję, że wkrótce pojawi się pierwszy AAR gdzie zostanie ona rozwinięta o nowe spotkania i doświadczenia. Kartę postaci prezentowałem już wcześniej więc można było się z nią zapoznać. Figurka pochodzi z boxa Male Survivors dedykowanego do gry Project Z firmy Warlord Games i jest to multipart. Głowa to element pochodzący z Frostgrave'wowego boxa Frostgrave Soldiers, tak więc jak widać czym chata bogata. Malowanie figurki jak i samej podstawki oparłem na zasadzie "w drodze" - znoszony skórzany płaszcz, ulica zapuszczona zielskiem, puszka po napoju. Miniaturkę malowało mi się całkiem przyjemnie i dość szybko. Teraz czas na szwędacze, których to mam całą hordę. W sobotę czaki zawita u mnie w Łodzi na testowanie zasad TWD AOW więc zapewne pojawi się krótkie sprawozdanie z wizyty.

Na dzisiaj to tyle
Pozdrawiam
Thomas

czwartek, 15 czerwca 2017

Moc retro II









Witam serdecznie!

Jak już wcześniej pisałem, gram troszeczkę w gierki z legendarnego NESa u nas znanego jako Pegazus i w tym celu zakupiłem sobie dwa chińskie pady pod USB. Jeden pad już pomalowałem, co opisałem TU. Czas na następny, ale najpierw inspiracja!


Tak, Ił 2 m 3 od Plastyka. Zakupiłem ten model dawno temu w celu użycia w Battlegroup Kursk, ale niestety jakość tego konkretnego egzemplarza jest fatalna, więc skończy jako wrak, ale kalkomania się przyda.


Wybrałem wersję malowania z napisem "meteor". Jako że dolną część pomaluję na błękit to zastosuję jasny podkład. 


I tu mały patent z filtrem do czyszczenia aerografu: dwie słomki i chusteczka w butelce. 


Wersja surowa potrzebuje kilku warstw Sidoluksu i jedziemy do z kalkomanią.


A potem z plakatowym washem.


Potem lakier samochodowy i gotowe.




Lakierując i poprzedniego pada postanowiłem zamienić także i guziki, aby kolorystyka bardziej pasowała do tematu przewodniego.